Soczewki kontaktowe z klocków Merkur
- Subtitle: Maszyna z klocków Merkur
- Excerpt: Jak czeski geniusz w domowej kuchni rzucił wyzwanie optyce i dlaczego państwo sprzedało jego patent za bezcen.
Każdy, kto rano zakłada soczewki kontaktowe, powinien pomyśleć o Otto Wichterle. Ten czeski chemik, mimo rzucanych mu pod nogi kłód przez komunistyczny system, stworzył prototyp urządzenia do produkcji soczewek, używając... zestawu klocków swojego syna. To szczyt czeskiej pomysłowości, który podbił świat, choć samemu twórcy przyniósł głównie kłopoty.
Jeśli myślicie, że przełomowe wynalazki medyczne powstają wyłącznie w sterylnych laboratoriach za miliardy dolarów, to historia Otto Wichterle wyprowadzi Was z błędu. To opowieść o tym, jak wielka nauka spotkała się z czeskim "kutilstwem" (majsterkowaniem) i wygrała z systemem, który próbował ją zdławić.
Rewolucja na talerzu
W latach 50. XX wieku soczewki już istniały, ale były twarde, niewygodne i właściwie niemożliwe do noszenia przez dłuższy czas. Wichterle, wybitny chemik (pracujący m.in. nad włóknem poliamidowym – silonem), wpadł na pomysł stworzenia hydrożelu, który byłby miękki i przepuszczałby tlen.
Kiedy władze czechosłowackiej akademii nauk, z powodów politycznych, kazały mu przerwać badania i zamknęły jego laboratorium, Otto nie odpuścił. Przeniósł badania do... własnej kuchni.
Maszyna z klocków Merkur
W Wigilię 1961 roku, przy pomocy synów, Wichterle zbudował pierwszy aparat do odlewania soczewek metodą odśrodkową. Użył do tego:
-
Dziecięcego zestawu klocków Merkur (kultowe czeskie metalowe klocki do skręcania),
-
Dynamka od roweru,
-
Silniczka od gramofonu.
To urządzenie, przypominające zabawkę, pozwoliło mu odlać pierwsze cztery idealnie gładkie, miękkie soczewki. Wichterle wypróbował je na sobie – i zadziałało! Przez całe święta produkował soczewki w kuchni, a potem zanosił je do kliniki okulistycznej. To był absolutny „szczyt” determinacji.
Gorzki finał: Patent sprzedany za bezcen
Czechosłowacja szybko zorientowała się, że ma w rękach skarb, ale nie potrafiła go odpowiednio rozegrać. W 1965 roku państwo sprzedało prawa patentowe amerykańskim firmom (m.in. późniejszemu Bausch & Lomb) za kwotę, która była ułamkiem ich rzeczywistej wartości (mówi się o 330 tysiącach dolarów). Amerykanie na tym patencie zarobili miliardy.
Wichterle, który podpisał Kartę 77 i był solą w oku komunistów, przez lata był marginalizowany. Dopiero po 1989 roku doczekał się pełnej rehabilitacji i uznania. Zmarł w 1998 roku, zostawiając światu wynalazek, bez którego miliony ludzi nie wyobrażają sobie dziś funkcjonowania.


